79str.
- A często bywał pijany? - zapytała Mary. - Bardzo często. - Oczy Eriki pociemniały z gniewu. - Czuł się nieszczęśliwy i odgrywał się na mnie. W ogóle nie powinien był się ze mną żenić, ale jego matka od dawna nie dawała mu spokoju - nalegała, by się ożenił. Martin uległ w końcu naci¬skom i uznał mnie za odpowiednią kandydatkę na żonę. - Jak się poznaliście? Pytanie najwidoczniej nie przypadło Erice do gustu, gdyż wzruszyła ramionami i popatrzyła spode łba. - W jego klubie. Opowiedziałam pani o tym wczoraj wieczo¬rem. - Przepraszam... Niech pani mówi dalej. - Kiedy opuszczaliśmy Cambridge, Martin był w kiepskim stanie. Nic dziwnego, prowadził i pił cały czas. Potem skręcił w stronę Market Tye. Ja pomyślałam, że pomylił drogę, ale on powiedział, że jest to skrót do King's Lynn. Czy to prawda? - Rzeczywiście, pozwala zaoszczędzić parę mil. - Martin znał te skróty. - Gniew ulotnił się już, wyglądała teraz na kobietę strapioną, zagubioną w życiu. - Gdybyśmy po¬jechali wtedy główną drogą, Martin żyłby teraz. - Takie rozumowanie nie doprowadzi do niczego dobrego. - Wiem. - Erica głęboko wciągnęła powietrze. - Mniej wię¬cej o wpół do dziewiątej minęliśmy Market Tye. Lało jak z ce¬bra. Prawie nic nie było widać, nie pomagały nawet wycieracz¬ki. Ale Martin nie zwalniał. Dostrzegłam jakieś pole, żadnych świateł dokoła... - Na tej nizinie rozciągają się tylko pola uprawne, nic poza tym. - Bałam się. Robiło się coraz ciemniej, samochód zarzucało co chwila. Wreszcie chwyciłam go za ramię i krzyknęłam: -„Zwolnij, zwolnij!" ale on przyśpieszył, jakby na złość. Przega¬pił wjazd na most, musiał zawrócić i spróbować od nowa. Tym razem przejechał na drugi brzeg i tam skręcił w lewo. Powie¬działam: „Nie, to nie tędy" - bo po prawej stronie zobaczyłam jakieś światła. Martin nie odpowiadał. Nie zwalniając nachylił się, szukając ręką brandy. A ona potoczyła się pod moje nogi.