81str.
Policja w osobach inspektora Hogga i posterunkowego Perkinsa z Market Tye zjawiła się tuż po dziewiątej trzydzieści. Hogg był wysokim mężczyzną z ledwo zarysowującym się brzuszkiem. Włosy starannie zaczesywał do przodu, aby ukryć ły¬sinę. Zachowywał się jak dobry wujaszek, jednak Sam, patrząc w jego oczy, jasnozielone, ocienione długimi rzęsami i niezwykle przenikliwe, uznała, że należy mieć się przed nim na baczności. Z Mary przywitał się niczym stary znajomy. - Przepraszam, że zakłócam sobotni spokój, panno Slevin, ale zapewne rozumie pani, że w tych okolicznościach... - Ob¬darzył Sam przelotnym uśmiechem i zwrócił się do Eriki: - Czy mam przyjemność z młodszą panią Myles? Erica skinęła w milczeniu głową. Skulona na samym brzeż¬ku sofy w salonie, z podkurczonymi nogami i dłońmi złożonymi na kolanach, wyglądała jak wylękniona dziewczynka. Hogg przybrał ton żałobny. - Niezmiernie mi przykro, pani Myles, z powodu tego nie¬szczęścia. To straszne, doprawdy straszne. - Dziękuję. - Głos Eriki był ledwie słyszalny. - Przywieźliśmy pani rzeczy. - Wyciągnął rękę i podał jej plastikową torebkę. - I portfel. Zechce pani łaskawie spraw¬dzić zawartość? Erica wyjęła z torebki skórzany portfel, otworzyła go i wy¬sypała wszystko na kolana: jakieś drobiazgi, dokumenty i pie¬niądze, wszystko przesiąknięte wodą. Włożyła je z powrotem i zamknęła torebkę. - Niczego nie brakuje. - To dobrze. W kuchni zostawiliśmy dwie walizki. Chciał¬bym, aby później rzuciła pani na nie okiem i stwierdziła, czy wszystko w porządku. Ale przede wszystkim chodzi mi teraz o wyjaśnienie kilku kwestii, jeśli czuje się pani wystarczająco dobrze. Może usiądziemy gdzieś z boku? - Wolałabym, aby Mary i Sam były obecne przy tej rozmo¬wie - odparła zaskakująco stanowczym tonem.